Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sele. Szczęściem on i jego damy nie spóźniły się na obiad, przy którym desperujący młodzieniec zauważył uśmiechniętego pana Pawła.
— No — rzekł przyjaciel ojca — ani słowa, Fonsiu, zrobiło się głupstwo, ale może się jeszcze odrobi!
— Niepodobna! — odpowiedział Alfons. — Za wiele było z obu stron cierpkich uwag, abyśmy się powtórnie zejść mogli.
— Hum! — mruknął Paweł — w takim razie bierzże się tylko ostro do tej blondynki. Widzisz ją?
— Widzę. Któż to jest?
— Panna Klementyna Dygalska... Ma trzykroć!...
Pominiemy opis wesela i sposobu, w jaki Paweł zarekomendował Alfonsa czcigodnej rodzinie Dygalskich. Zaznaczymy tylko to, że młody człowiek usidłał nową swoją znajomość z całą energją, jaką podsycał w nim ranny zawód i wcale dobry szampan weselny.
Około północy rozmarzona i prawdopodobnie śmiertelnie zakochana dziewica, chłodząc się kosztownym wachlarzem, szepnęła asystentowi swemu o tem, że uwielbia poetów.
— Upewniam panią, że to są zwyczajni ludzie — perswadował Klementynie Alfons.
— Nie, panie, oni nie są zwyczajnymi ludźmi! — mówiła z zapałem dziewica. — To są istoty wyższe od nas umysłem i uczuciem i, doprawdy, uważałabym się za szczęśliwą, gdybym mogła widzieć kiedy prawdziwego poetę w chwili natchnienia.
— Przyjdzie to pani z całą łatwością, ponieważ posiadasz siłę zdolną obudzić natchnienie — odparł piękny Alfons.
— Mówisz pan jak poeta.
— Przy pani jestem nim!
— Chciałabym mieć dowód.
— A więc rozkaż pani.
— Pan improwizuje?
— Niekiedy.
W sercu panny Dygalskiej musiała się toczyć jakaś walka,