Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


obchodziła gospodarstwo, a córka ogród z przyjemnym swoim konkurentem. To też gdy nadszedł wieczór, panie były bardzo senne, a gdy towarzystwo siadło do wagonu, matka rzekła:
— Panie Alfonsie! jestem przekonaną, że za chwilę obie wpadniemy w letarg, czuwaj pan więc, aby się nam co złego nie stało.
Młodzieniec z zapałem przyrzekł wypełnić słodkie zlecenie, usiadł vis à vis obu dam i uprosił konduktora, aby nikogo do ich przedziału nie puszczano.
Po upływie paru minut pociąg ruszył, damy jak na komendę zasnęły, a czuwający Alfons pogrążył się w słodkich dumaniach.
Gdy się ocknął, było około trzeciej rano. Lokomotywa gwizdała, a pociąg zwalniał bieg. Młodzieniec wychylił głowę i zapytał konduktora:
— Jaka to stacja?
— Sosnowice.
— Co? Co?...
— Sosnowice! — krzyknął jeszcze głośniej konduktor.
— Co ten człowiek mówi? — zawołały obudzone damy. — Sosnowice... to nad granicą, a więc przejechaliśmy dziewięć stacyj za wiele?...
Zrobił się hałas, z którego piękny Alfons zrozumiał jedno tylko słowo: niedołęga!...
On, Paluszkiewicz, vice-prezes spółki budowlanej i naczelnik nieistniejącego jeszcze ale zawsze komisowego domu, publicznie nazwany został niedołęgą, przez panią Synopizmowiczowę. Co za upokorzenie!
Pociąg powrotny wyjeżdżał dopiero w pół do ósmej, a stawał na miejscu dopiero o jedynastej; tym więc sposobem panie nie mogły być na ślubie, a Zosia nie mogła być starszą druchną. Co za rozpacz!
Przyzwoitość nakazuje nam zamilczeć o goryczach, jakich doświadczył Alfons do chwili przyjazdu na owe opłakane we-