Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/432

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mnie obraził ukochaną, nie pozwoliłabym się przeprosić. On, naturalnie, zgodzi się...“
Gdy już położyła się do łóżka i zaczęła usypiać, nagle przyszła jej nowa myśl:
„A jeżeli Wokulski nie zechce przeprosin?... Przecież ten sam hrabia Liciński układał się z nim o klacz i nic nie wskórał!... Ach, Boże, co też mi się snuje po głowie“ — odpowiedziała sobie, wzruszając ramionami i zasnęła.
Na drugi dzień do południa, ojciec, ona i panna Florentyna byli pewni, że Wokulski pogodzi się z baronem i że nawet inaczej nie wypada mu postąpić. Dopiero po południu, pan Tomasz wyszedł na miasto i wrócił na obiad bardzo zakłopotany.
— Cóżto ojcze? — spytała go panna Izabela, uderzona wyrazem jego twarzy.
— Fatalna historya! — odparł pan Tomasz, rzucając się na skórzany fotel. — Wokulski odrzucił przeproszenie, a jego sekundanci postawili ostre warunki.
— I kiedyżto?... — spytała ciszej.
— Jutro przed dziewiątą — odpowiedział pan Tomasz i otarł pot z czoła. — Fatalna historya — ciągnął dalej. — Między naszymi wspólnikami popłoch, bo Krzeszowski strzela doskonale... Gdyby zaś ten człowiek zginął, wszystkie moje rachuby na nic. Straciłbym w nim prawą rękę... jedynego możliwego wykonawcę moich planów... Jemu jednemu powierzyłbym kapitały i jestem pewny, że