Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


adjutanta. Przeleciała mimo, do huzarów, dysząc i prawie dotykając brzuchem ziemi.
Tym razem odezwało się bliżej i dalej, kilkanaście armat; każdy strzał można było odróżnić.
— Macają dystans! — odezwał się stary nasz major.
— Jest z piętnaście armat — mruknął Katz, który w podobnych chwilach stawał się rozmowniejszy. — A że my ciągniemy dwanaście, toż będzie bal!...
Major odwrócił się do nas na koniu i uśmiechnął się pod szpakowatym wąsem. Zrozumiałem, co to znaczy, usłyszawszy całą gamę strzałów, jakby kto zagrał na organach.
— Jest więcej niż dwadzieścia — rzekłem do Katza.
— Osły!... — zaśmiał się kapitan i podciął swego konia.
Staliśmy na wzniesionem miejscu, zkąd widać było idącą za nami brygadę. Zaznaczał ją rudy obłok kurzu, ciągnący się wzdłuż gościńca, ze dwie albo i trzy wiorsty.
— Straszna masa wojsk! — szepnąłem. — Gdzie się to pomieści!...
Odezwały się trąbki i nasz batalion rozłamał się na cztery kompanie, uszykowane kolumnami obok siebie. Pierwsze plutony wysunęły się naprzód, my zostaliśmy wtyle. Odwróciłem głowę i zobaczyłem, że od głównego korpusu oddzieliły się je-