Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Powóz... angielszczyzna... przeszło dwieście rubli na jednę kwestę!.. I to robię ja, który tem pogardzam... Właściwie jednak — nacóż będę wydawał pieniądze, jeżeli nie na zapewnienie sobie szczęścia? Co mnie obchodzą jakieś teorye oszczędności, gdy czuję ból w sercu?“
Dalszy bieg myśli przerwała mu smutna, brzęcząca melodya. Byłato muzyka szkatułki grającej, po której nastąpił świegot sztucznych ptaków; a gdy i one umilkły, rozlegał się cichy szelest fontanny, szept modlitw i westchnienia pobożnych.
W nawie, u konfesyonału, u drzwi kaplicy grobowej, widać było zgięte postacie klęczących. Niektórzy czołgali się do krucyfiksu na podłodze i ucałowawszy go, kładli na tacy drobne pieniądze, wydobyte z chustki do nosa.
W głębi kaplicy, w powodzi światła, leżał biały Chrystus otoczony kwiatami. Zdawało się Wokulskiemu, że pod wpływem migotliwych płomyków, twarz jego ożywia się, przybierając wyraz groźby, albo litości i łaski. Kiedy pozytywka wygrywała Łucyą z Lamermoru, albo kiedy ze środka kościoła doleciał stukot pieniędzy i francuskie wykrzykniki, oblicze Chrystusa ciemniało. Ale kiedy do krucyfiksu zbliżył się jaki biedak i opowiadał ukrzyżowanemu swoje strapienia, Chrystus otwierał martwe usta i w szmerze fontanny powtarzał błogosławieństwa i obietnice...
„Błogosławieni cisi... Błogosławieni smutni...“