Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ciągłe ustępowanie z drogi; przeszedł więc na drugą stronę ulicy, gdzie ruch był mniejszy.
— A jednak ten Mraczewski jest infamis! — myślał. — Jak można mówić takie rzeczy w sklepie?... „Za parę dni otrzymam bilecik, a potem — schadzka!“... Ha, sama sobie winna; nie trzeba kokietować błaznów... Zresztą — wszystko mi jedno.
Czuł w duszy dziwną pustkę, a na samym jej dnie, coś, jakby kroplę piekącej goryczy. Żadnych sił, żadnych pragnień, nic, tylko tę kroplę, tak małą, że jej niepodobna dojrzeć, a tak gorzką, że cały świat możnaby nią zatruć.
— Chwilowa apatya, wyczerpanie, brak wrażeń... Zadużo myślę o interesach — mówił.
Stanął i patrzył. Dzień przedświąteczny i ładna pogoda wywabiły mnóstwo ludzi na bruk miejski. Sznur powozów i pstrokaty falujący tłum, między Kopernikiem i Zygmuntem, wyglądał jak stado ptaków, które właśnie w tej chwili unosiły się nad miastem, dążąc ku północy.
— Szczególna rzecz — mówił. — Każdy ptak w górze i każdy człowiek na ziemi, wyobraża sobie, że idzie tam, dokąd chce. I dopiero ktoś, stojący na boku, widzi, że wszystkich razem pcha naprzód jakiś fatalny prąd, mocniejszy od ich przewidywań i pragnień. Może nawet ten sam, który unosi smugę iskier, wydmuchniętych przez lokomotywę podczas nocy?... Błyszczą przez mgnie-