Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie oka, aby zagasnąć na całą wieczność i to nazywa się życiem.
„Mijają ludzkie pokolenia, jak fale, gdy wiatr morzem zmęci; i nie masz godów ich pamięci i nie masz bolów ich wspomnienia“.
— Gdzie ja to czytałem?... Wszystko jedno.
Nieustanny turkot i szmer wydał się Wokulskiemu nieznośnym a wewnętrzna pustka straszliwą. Chciał czemś się zająć i przypomniał sobie, że jeden z zagranicznych kapitalistów pytał go o zdanie w kwestyi bulwarów nad Wisłą. Zdanie już miał wyrobione: Warszawa całym swoim ogromem ciąży i zsuwa się ku Wiśle. Gdyby brzeg rzeki obwarować bulwarami, powstałaby tam najpiękniejsza część miasta: gmachy, sklepy, aleje...
— Trzeba spojrzeć, jakby to wyglądało? — szepnął Wokulski i skręcił na ulicę Karową.
Przy bramie wiodącej tam, zobaczył bosego, przewiązanego sznurami tragarza, który pił wodę prosto z wodotrysku; zachlapał się od stóp do głów, ale miał bardzo zadowoloną minę i śmiejące się oczy.
— Jużci ten ma, czego pragnął. Ja, ledwiem zbliżył się do źródła, widzę, że nietylko ono znikło, ale nawet wysychają moje pragnienia. Pomimo to, mnie zazdroszczą, a nad nim każą się litować. Co za potworne nieporozumienie!
Na Karowej odetchnął. Zdawało mu się, że jest jedną z plew, które już odrzucił młyn wielkomiej-