Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nasze klientki zrobiły go takim — odpowiedział stary subjekt, lecz widząc, że przeszkadza pryncypałowi, cofnął się. Wokulski znowu wpadł w zadumę. Nieznacznie spojrzał na Mraczewskiego i dopiero w tej chwili zauważył, że młody człowiek ma coś szczególnego w fizyognomii.
„Tak — myślał — on jest bezczelnie głupi i zapewne dlatego podoba się kobietom“.
Śmiać mu się chciało i ze spojrzeń panny Izabeli, wysyłanych pod adresem pięknego młodzieńca i z własnych przywidzeń, które dziś, tak nagle go opuściły.
Wtem drgnął; usłyszał imię panny Izabeli i spostrzegł, że w sklepie niema nikogo z gości.
— No, ale dzisiaj toś się pan nie ukrywał ze swojemi amorami — mówił ze smutnym uśmiechem Klejn do Mraczewskiego.
— Ale bo jak ona na mnie patrzyła, to ach!... — westchnął Mraczewski, jednę rękę kładąc na piersi, drugą podkręcając wąsika. — Jestem pewny — mówił — że za parę dni otrzymam wonny bilecik. Potem — pierwsza schadzka, potem: „dla pana łamię zasady, w jakich mnie wychowano“, a potem: „czy nie gardzisz mną?“ Chwila wcześniej jest bardzo rozkoszną, ale w chwilę później człowiek jest tak zakłopotany...
— Co pan blagujesz! — przerwał mu Lisiecki. — Znamy przecie pańskie konkiety: nazywają się Matyldami, którym pan imponujesz porcyą pieczeni i kuflem piwa.