Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Matyldy są na codzień, damy na święta. Ale Iza będzie największem świętem. Słowo honoru daję, że nie znam kobiety, któraby na mnie tak piekielne robiła wrażenie... No, ale bo też i ona lgnie do mnie!
Trzasnęły drzwi i do sklepu wszedł jegomość szpakowaty; zażądał breloku do zegarka, a krzyczał i stukał laską tak mocno, jakby miał zamiar kupić całą japońszczyznę.
Wokulski słuchał przechwałek Mraczewskiego bez ruchu. Doświadczał wrażenia, jakby mu na głowę i na piersi spadały ciężary.
— W rezultacie nic mnie to nie obchodzi — szepnął.
Po szpakowatym jegomości weszła do sklepu dama, żądająca parasola, później pan w średnim wieku, chcący nabyć kapelusz, potem młody człowiek, żądający cygarnicy, nareszcie trzy panny, z których jedna kazała podać sobie rękawiczki Szolca, ale koniecznie Szolca, bo innych nie używa.
Wokulski złożył księgę, zwolna podniósł się z fotelu i, sięgnąwszy po kapelusz, stojący na kantorku, skierował się ku drzwiom. Czuł brak oddechu i jakby rozsadzanie czaszki.
Pan Ignacy zabiegł mu drogę.
— Wychodzisz?... Może zajrzysz do tamtego sklepu — rzekł.
Nigdzie nie zajrzę, jestem zmęczony — odpowiedział Wokulski, nie patrząc mu w oczy.