Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wypełnioną obłokami czarnych dymów i białych par i usłyszała głuchy łoskot, zgrzyt i sapanie machin. Potem widziała piece, jak wieże średniowiecznych zamków, dyszące płomieniami, — potężne koła, które obracały się z szybkością błyskawic, — wielkie rusztowania, które same toczyły się po szynach, — strumienie rozpalonego do białości żelaza i półnagich robotników, jak spiżowe posągi o ponurych wejrzeniach. Ponad tem wszystkiem — krwawa łuna, warczenie kół, jęki miechów, grzmot młotów i niecierpliwe oddechy kotłów, a pod stopami dreszcz wylęknionej ziemi.
Wtedy zdało się jej, że z wyżyn szczęśliwego Olimpu, zstąpiła do beznadziejnej otchłani wulkana, gdzie cyklopowie kują pioruny, mogące zdruzgotać sam Olimp. Przyszły jej na myśl legendy o zbuntowanych olbrzymach, o końcu tego pięknego świata, w którym przebywała i pierwszy raz w życiu, ją, boginię, przed którą gięli się marszałkowie i senatorzy, zdjęła trwoga.
— To są straszni ludzie, papo... — szepnęła do ojca.
Ojciec milczał, tylko mocniej przycisnął jej ramię.
— Ale kobietom oni nic złego nie zrobią?
— Tak, nawet oni — odpowiedział pan Tomasz.
W tej chwili pannę Izabelę ogarnął wstyd na myśl, że troszczyła się tylko o kobiety. Więc szybko dodała:
— A jeżeli nam, to i wam nie zrobią nic złego...