Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


EPILOG.

W miesiącu Mehir (listopad, grudzień), Pentuer przybył do świątyni za Memfisem, gdzie Menes prowadził wielkie prace nad niebem i ziemią.
Stary, w myślach pogrążony mędrzec, znowu nie poznał Pentuera. Opamiętawszy się jednak, uściskał go i zapytał:
— Cóż, znowu idziesz niepokoić chłopów dla wzmocnienia władzy faraona?...
— Przyszedłem, by zostać z tobą i służyć ci — odpowiedział Pentuer.
— Ho! ho!... — zawołał Menes, przypatrując mu się z uwagą. — Ho! ho!... czy naprawdę masz już dosyć dworskiego życia i dostojeństw?... Błogosławiony to dzień!... Kiedy z wierzchołka mego pylonu zaczniesz oglądać świat, przekonasz się, jakie to małe i brzydkie.
Ponieważ Pentuer nic nie odpowiedział, więc Menes udał się do swych zajęć. Wróciwszy zaś po kilku godzinach, zastał ucznia siedzącego na tem samem miejscu, z okiem utkwionem w punkt, gdzie woddali majaczył pałac faraonów.
Menes dał mu jęczmienny placek, garnuszek mleka i zostawił go w spokoju.
Trwało tak kilka dni. Pentuer jadał niewiele, mówił jeszcze mniej, niekiedy zrywał się w nocy, a dni przepędzał bez ruchu, patrząc niewiadomo gdzie.
Ten tryb życia nie podobał się Menesowi. Więc pewnego razu, zająwszy na kamieniu miejsce obok Pentuera, rzekł: