Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Chciałem — rzekł — dopiero 23-go Paofi zająć memfijskie świątynie... Uważam jednak, że lepiej będzie zrobić to jutro...
— Nasze wojska jeszcze nie zebrały się... — wtrącił Tutmozis.
— I nie mamy listów Herhora do Asyrji — dodał wielki pisarz.
— Mniejsza o to! — odparł faraon. — Niech lud jutro dowie się, że Herhor i Mefres są zdrajcami, a nomarchom i kapłanom okażemy dowody za parę dni, gdy wróci Hiram z Pi-Bast.
— Nowy rozkaz waszej świątobliwości bardzo zmienia plan pierwotny — rzekł Tutmozis. — Jutro nie zajmiemy Labiryntu... A gdyby i w Memfis świątynie ośmieliły się stawić opór, nie mamy nawet taranów do wybicia bram...
— Tutmozisie — odpowiedział pan — mógłbym nie tłomaczyć się z moich rozkazów... Ale chcę przekonać was, że serce moje głębiej ocenia bieg wypadków...
Jeżeli lud — ciągnął — już dziś napada świątynie, to jutro zechce wedrzeć się do nich. Jeżeli go nie poprzemy, będzie odparty, a w każdym razie za trzy dni zniechęci się do śmiałych czynów.
A jeżeli kapłani już dziś wysyłają delegację, muszą być słabi. Tymczasem, za kilka dni może powiększyć się liczba ich stronników między ludem...
Zapał i strach jest, jak wino w dzbanku: ile wylewa się, tyle go ubywa, i ten tylko może się napić, kto w porę podsunie swój kubek. Gdy więc lud dziś jest przygotowany do napadu, a nieprzyjaciele wystraszeni, zużytkujmy to, gdyż, jak powiadam, szczęście za kilka dni może opuścić nas, jeżeli nie zwrócić się przeciw nam....
— I żywność kończy się — wtrącił skarbnik. — Za trzy dni pospólstwo musi wracać do roboty, bo nie będziemy mieli czem karmić ich darmo...