Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Poddajmy się jego świątobliwości?... — spytał ironicznie Mefres. — Na to zawsze będziecie mieli czas!...
— Ale my chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś o środkach obrony... — rzekł nomarcha Sebes.
— Bogowie ocalą swoich wiernych — odpowiedział Herhor.
Nomarcha Aa załamał ręce.
— Jeżeli mam otworzyć moje serce, to i mnie dziwi wasza obojętność — odezwał się najwyższy sędzia. — Prawie całe pospólstwo jest przeciw nam...
— Pospólstwo, jak jęczmień na polu, idzie za wiatrem — rzekł Herhor.
— A wojsko?...
— Któreż wojsko nie upadnie przed Ozyrysem?
— Wiem — przerwał niecierpliwie nomarcha Aa — ale nie widzę ani Ozyrysa, ani tego wiatru, który do nas zwróci pospólstwo... Tymczasem faraon już dziś przywiązał ich do siebie obietnicami, a jutro wystąpi z darowizną...
— Od obietnic i podarunków mocniejszą jest trwoga — odparł Herhor.
— Czego oni mają się bać?... Tych trzystu żołnierzy, jakich mamy?
— Ulękną się Ozyrysa.
— Ale gdzież on jest?... — pytał wzburzony nomarcha Aa...
— Zobaczycie go wszyscy. A szczęśliwym byłby ten, ktoby na ów dzień oślepnął.
Słowa te wypowiedział Herhor z takim niezachwianym spokojem, że w zgromadzeniu zaległa cisza.
— Ostatecznie cóż jednak robimy?... — spytał po chwili najwyższy sędzia.
— Faraon — mówił Herhor — chce, ażeby lud napadł na świątynie 23-go. My zaś musimy sprawić, aby napadnięto nas 20-go Paofi.