Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wiecznie żywi bogowie! — znowu zawołał nomarcha Aa, wznosząc ręce. — A my poco mamy ściągać nieszczęście na nasze głowy, w dodatku o dwa dni wcześniej?...
— Słuchajcie Herhora — odezwał się stanowczym głosem Mefres — i na wszelki sposób starajcie się, ażeby napad przypadł rano 20-go Paofi.
— A jeśli nas naprawdę rozbiją?... — spytał zmieszany sędzia.
— Jeżeli nie poskutkują zaklęcia Herhora, wówczas ja wezwę bogów na pomoc — odparł Mefres, a w oczach błysnął mu złowrogi ogień.
— Ha! wy arcykapłani macie swoje tajemnice, których nam odsłaniać nie wolno — rzekł wielki sędzia. — Zrobimy więc, co każecie, wywołamy napad na 20-go... Ale pamiętajcie, że nasza i dzieci naszych krew spadnie na wasze głowy...
— Niech spadnie!...
— Niech się tak stanie!... — zawołali jednocześnie obaj arcykapłani.
Poczem dodał Herhor:
— Od dziesięciu lat rządzimy państwem i przez ten czas nikomu z was nie stała się krzywda, a każdej obietnicy dotrzymaliśmy. Bądźcież więc cierpliwi i wierni jeszcze przez kilka dni, aby zobaczyć moc bogów i otrzymać nagrodę.
Niebawem nomarchowie pożegnali arcykapłanów, nie usiłując nawet ukrywać smutku i niepokoju. Zostali tylko Herhor i Mefres.
Po dłuższem milczeniu Herhor odezwał się:
— Tak, ten Lykon był dobry, dopóki udawał szalonego. Ale ażeby można go podstawić zamiast Ramzesa!...
— Jeżeli matka nie poznała się na nim — odparł Mefres — więc już musi być bardzo podobny... A siedzieć na tronie, przemówić parę słów do otoczenia, to chyba potrafi. Zresztą my będziemy przy nim...