Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A jednak musimy znaleźć i opanować tę drogę — rzekł Samentu.
— A jeżeli dozorcy sami oddadzą nam potrzebną część skarbów?... — spytał faraon.
— Nie zrobią tego, dopóki żyje Mefres, Herhor i ich poplecznicy. Wierzaj mi, panie, że tym dostojnikom chodzi o to, ażeby owinęli cię w powijaki, jak niemowlę...
Faraon pobladł z gniewu.
— Obym ja nie zawinął ich w łańcuchy!... Jakim sposobem chcesz odkryć drogę?
— Tu, w Abydos, w grobie Ozyrysa znalazłem cały plan drogi do skarbca — rzekł kapłan.
— A skąd wiedziałeś, że on tu jest?
— Objaśniły mnie o tem napisy w mojej świątyni Seta.
— Kiedyżeś znalazł plan?
— Gdy mumja wiecznie żyjąca ojca waszej świątobliwości była w świątyni Ozyrysa — odparł Samentu. — Towarzyszyłem czcigodnym zwłokom i, będąc na nocnej służbie w Sali Odpoczynku, wszedłem do sanktuarjum.
— Tobie być jenerałem, nie arcykapłanem!... — zawołał, śmiejąc się, Ramzes. — I już rozumiesz drogę Labiryntu?...
— Rozumiem ją oddawna, teraz zebrałem wskazówki do kierowania się.
— Czy możesz mi to objaśnić?
— Owszem nawet przy okazji pokażę waszej świątobliwości plan.
Droga ta — ciągnął Samentu — przechodzi w zygzak cztery razy przez cały Labirynt; zaczyna się na najwyższem piętrze, kończy się w najniższem podziemiu i posiada jeszcze mnóstwo innych zakrętów. Dlatego jest tak długa.
— A jakże trafisz z jednej sali do drugiej, gdzie jest mnóstwo drzwi?...
— Na każdych drzwiach, prowadzących do celu, znajduje się cząstka zdania: