Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kapłan przewodniczący zatrzymał się.
— Zapewniam waszą świątobliwość — rzekł — że my sami nie rozumiemy, ani pamiętamy tej drogi, choć każdy z nas odbywał ją po kilkanaście razy...
— Więc jakim sposobem trafiacie tu?
— Korzystamy z pewnych wskazówek, lecz gdyby nam, bodaj w tej chwili, zginęła która, pomarlibyśmy tu z głodu...
Nareszcie wyszli do przysionka, a z niego na dziedziniec. Faraon zaczął oglądać się dokoła i kilka razy odetchnął.
— Za wszystkie skarby Labiryntu nie chciałbym ich pilnować! — zawołał. — Strach pada mi na piersi, gdy pomyślę, że można umrzeć w tych kamiennych ciemnicach...
— Ale można się i przywiązać do nich — odparł z uśmiechem arcykapłan.
Faraon podziękował każdemu ze swych przewodników i zakończył:
— Radbym udzielić wam jakiej łaski, żądajcie więc...
Ale kapłani słuchali obojętnie, a ich naczelnik rzekł:
— Wybacz mi, panie, zuchwalstwo, ale... czegóż moglibyśmy pragnąć?... Nasze figi i daktyle są tak słodkie, jak z twego ogrodu, woda tak dobra, jak z twojej studni. Gdyby zaś ciągnęły nas bogactwa, czyliż nie mamy ich więcej, aniżeli wszyscy królowie?...
„Tych niczem nie przejednam — pomyślał faraon — ale... dam im uchwałę zgromadzenia i wyrok Amona.“