Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rycz twoich błędów nie zatruła mi pobytu w szczęśliwej krainie Zachodu...
Głos umilkł, pan kazał przynieść światło. Jedne drzwi komnaty były zamknięte, przy drugich stała warta. Nikt obcy nie mógł tu wejść.
Gniew i niepokój szarpały serce faraona. Co to było?... Czy naprawdę przemawiał do niego cień ojca, czy też ów głos był tylko nowem oszustwem kapłanów?
Lecz jeżeli kapłani mogą przemawiać do niego z odległości, bez względu na grube mury, w takim razie mogą i podsłuchiwać. A wówczas on, pan świata, jest, jak dzikie zwierzę, obsaczony ze wszystkich stron.
Prawda, w pałacu królewskim podsłuchiwanie było rzeczą zwyczajną. Faraon jednak sądził, że przynajmniej ten gabinet jest wolny i że zuchwalstwo kapłanów zatrzymuje się u progu najwyższego władcy.
A jeżeli to był duch?...
Pan nie chciał jeść kolacji, lecz udał się na spoczynek. Zdawało mu się, że nie zaśnie, lecz zmęczenie wzięło górę nad rozdrażnieniem.
W kilka godzin obudziły go dzwonki i światło. Była już północ i kapłan-astrolog przyszedł złożyć panu raport o stanowisku ciał niebieskich. Faraon wysłuchał sprawozdania, a wkońcu rzekł:
— Czy nie mógłbyś, czcigodny proroku, od tej pory składać swoich raportów dostojnemu Semowi?... On jest przecie moim zastępcą w rzeczach, dotyczących religji...
Kapłan-astrolog bardzo zdziwił się obojętności pana dla rzeczy niebieskich.
— Wasza świątobliwość — spytał — raczy zrzekać się wskazówek, jakie władcom dają gwiazdy?...
— Dają? — powtórzył faraon. — Zatem powiedz, jakie są ich obietnice dla mnie?