Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ROZDZIAŁ II.

Ogromna świta jego świątobliwości wciąż stała w sali poczekalnej, ale jakby rozłupana na dwie części. Z jednej strony Herhor, Mefres i kilku arcykapłanów starszych wiekiem, z drugiej — wszyscy jenerałowie, wszyscy urzędnicy cywilni i przeważna ilość młodszych kapłanów.
Orli wzrok faraona w jednej chwili dostrzegł ten rozdział dostojników, i w sercu młodego władcy zapaliła się radosna duma.
„I otóż, nie dobywając miecza, odniosłem zwycięstwo!...“ — pomyślał.
A cywilni i wojskowi dostojnicy coraz dalej i wyraźniej odsuwali się od Herhora i Mefresa. Nikt bowiem nie wątpił, że obaj arcykapłani, dotychczas najpotężniejsi w państwie, nie posiadają łaski nowego faraona.
Teraz pan przeszedł do sali jadalnej, gdzie przedewszystkiem zastanowiła go liczba usługujących kapłanów i — półmisków.
— Ja mam to wszystko zjeść? — zapytał, nie ukrywając zdziwienia.
Wówczas kapłan, czuwający nad kuchnią, objaśnił faraona, że potrawy, których nie zużytkuje jego świątobliwość, idą na ofiarę dla dynastji.
I to mówiąc, wskazał szereg posągów, ustawionych wzdłuż sali.
Pan spojrzał na posągi, które wyglądały, jakby im nic nie