Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Więc mogę odpocząć — rzekł faraon. — Gdzie są zwłoki mego świątobliwego ojca?
— Oddane balsamistom... — szepnął Herhor.
Faraonowi oczy wezbrały łzami i drgnęły usta. Ale pohamował się i milcząc, patrzył w ziemię. Było rzeczą nieprzystojną, ażeby słudzy widzieli wzruszenie tak potężnego władcy.
Chcąc zwrócić uwagę pana na inny przedmiot, Herhor wtrącił:
— Czy wasza świątobliwość raczy przyjąć należny hołd od królowej matki?
— Ja?... ja mam przyjmować hołdy od mojej matki?... — rzekł zdławionym głosem faraon.
A chcąc koniecznie uspokoić się, dodał z przymuszonym uśmiechem:
— Wasza dostojność zapomniałeś, co mówi mędrzec Eney?... Może święty Sem powtórzy nam te piękne słowa o matce...
— „Pamiętaj — cytował Sem — że urodziła cię i na wszystkie sposoby karmiła...“
— Mów dalej... mów!... — nalegał pan, wciąż usiłując panować nad sobą.
— „Gdybyś o tem zapomniał, ona podniesie ręce swoje do boga, a on skargę jej usłyszy. Długo nosiła cię pod sercem, jak wielki ciężar, i urodziła po upłynięciu twoich miesięcy. Nosiła cię potem na plecach i przez trzy lata pierś swą wkładała w twoje usta. Tak cię wychowała, nie brzydząc się twego niechlujstwa. A gdy poszedłeś do szkół i w pismach byłeś ćwiczony, przed twoim przełożonym stawała codzień z chlebem i piwem domu swego.“[1]
Faraon głęboko westchnął i rzekł spokojniej:
— Widzicie więc, że nie godzi się, aby mnie witała matka moja. Ja to raczej pójdę do niej...

I przeszedł przez szereg sal, wykładanych marmurem, ala-

  1. Autentyczne.