Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ROZDZIAŁ XIX.

W jego głosie było tyle życzliwości, że zdziwiony książę zamilkł i pozwolił mu jechać.
Byli w pustyni, mając o paręset kroków za sobą armję, o kilkaset kroków przed sobą uciekających. Lecz pomimo bicia i zachęcania koni do biegu, zarówno ci, którzy uciekali, jak i ci, co ich gonili, posuwali się z wielkim trudem. Zgóry zalewał ich straszliwy żar słoneczny, w usta, nos, a nadewszystko w oczy wciskał się im drobniutki, lecz ostry pył, a pod nogami koni, na każdym kroku, zapadał się rozpalony piasek. W powietrzu panował zabijający spokój.
— Przecież ciągle tak nie będzie — rzekł następca.
— Będzie coraz gorzej — odpowiedział Pentuer. — Widzisz wasza dostojność — wskazał na uciekających — że tamte konie po kolana brną w piasku.
Książę roześmiał się, w tej chwili bowiem wjechali na grunt nieco twardszy i ze sto kroków jechali kłusem. Wnet jednak zabiegło im drogę morze piaszczyste, i znowu musieli posuwać się noga za nogą.
Ludzie ociekali potem, na koniach zaczęła ukazywać się piana.
— Gorąco! — szepnął następca.
— Słuchaj, panie — odezwał się Pentuer — niedobry to dzień dla gonitw na pustyni. Dziś od rana święte owady zdradzały wielki niepokój, a następnie wpadły w letarg. Równie mój nożyk kapłański bardzo płytko zanurzył się w glinianej pochwie, co oznacza niezwykłe gorąco. Oba zaś te zjawiska: