Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czasu minął ich ktoś ze służby następcy. W bramie zatrzymała ich warta:
— Kto jesteście?
— Teby — odparł Lykon.
Bez przeszkody wyszli na ulicę i zniknęli w zaułkach cudzoziemskiego cyrkułu w Pi-Bast.

Na dwie godziny przed świtem w mieście odezwały się trąby i bębny.
Tutmozis jeszcze leżał, pogrążony w głębokim śnie, kiedy książę Ramzes ściągnął z niego płaszcz i zawołał z wesołym śmiechem:
— Wstawaj, czujny wodzu!... Już pułki ruszyły.
Tutmozis usiadł na łóżku i przetarł zaspane oczy.
— Ach, to ty panie?... — spytał, ziewając. — Cóż, wyspałeś się?
— Jak nigdy! — odparł książę.
— A jabym jeszcze spał.
Wykąpali się obaj, włożyli kaftany i półpancerze i dosiedli koni, które rwały się z rąk masztalerzom.
Wnet następca z małą świtą opuścił miasto, wyprzedzając po drodze leniwie maszerujące kolumny wojsk. Nil bardzo rozlał, a książę chciał być obecny przy przechodzeniu kanałów i brodów.
Gdy słońce weszło, ostatni wóz obozowy był już daleko za miastem, a dostojny nomarcha Pi-Bast mówił do swojej służby:
— Teraz idę spać i biada temu, kto zbudzi mnie przed ucztą wieczorną! Nawet boskie słońce odpoczywa po każdym dniu, ja zaś od 1-go Hator nie kładłem się.
Zanim dokończył pochwały swojej czujności, wszedł oficer policyjny i poprosił go o osobne posłuchanie w bardzo ważnej sprawie.