Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gowego rozległ się przeraźliwy krzyk kobiecy. Powtórzył się parę razy i ucichnął.
Fenicjankę, zamiast spodziewanej radości, ogarnął strach. Upadła na kolana i obłąkanemi oczyma wpatrywała się w ciemny ogród.
Na dole rozległ się cichy bieg, zatrzeszczał słup ganku i w oknie znowu ukazał się Lykon w ciemnym płaszczu. Gwałtownie dyszał i ręce mu drżały.
— Gdzie klejnoty?... — szepnął.
— Daj mi spokój — odparła.
Grek pochwycił ją za kark.
— Nędznico!... — rzekł — czy nie rozumiesz, że nim słońce wejdzie, uwiężą cię i za parę dni uduszą?...
— Jestem chora...
— Gdzie klejnoty?...
— Stoją pod łóżkiem.
Lykon wszedł do komnaty, przy świetle kaganka wydobył ciężką skrzyneczkę, zarzucił na Kamę płaszcz i targnął ją za ramię.
— Zabieraj się. Gdzie są drzwi, któremi wchodzi do ciebie ten... ten twój pan?...
— Zostaw mnie...
Grek pochylił się nad nią i szeptał:
— Aha!... myślisz, że cię tu zostawię?... Dziś tyle dbam o ciebie, co o sukę, która węch straciła... Ale musisz iść ze mną... Niech dowie się twój pan, że jest ktoś lepszy od niego. On wykradł kapłankę bogini, a ja zabieram kochankę jemu...
— Mówię ci, że jestem chora...
Grek wydobył cienki sztylet i oparł jej na karku. Zatrzęsła się i szepnęła:
— Już idę...
Przez ukryte drzwi wyszli do ogrodu. Od strony książęcego pałacu dolatywał ich szmer żołnierzy, którzy palili ognie. Tu i owdzie, między drzewami, widać było światła; od czasu do