Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mkniemy się najłatwiej — mówił Lykon. — Zbierz wszystkie kosztowności... Wnet wrócę i zabiorę cię...
— Dokąd idziesz?...
— Poszukam twego pana — odparł. — Nie odejdę przecie bez zostawienia mu pamiątki...
— Tyś szalony...
— Milcz!... — przerwał, blady z gniewu. — Jeszcze go chcesz bronić?...
Fenicjanka zachwiała się, zacinęła pięści, a w jej oczach błysnęło złowrogie światło.
— A jeżeli nie znajdziesz go?... — spytała.
— To zabiję kilku śpiących jego żołnierzy... podpalę pałac... Zresztą — czy ja wiem, co zrobię... Ale bez pamiątki nie odejdę...
Wielkie oczy Fenicjanki miały tak okropny wyraz, że Lykon zdziwił się.
— Co tobie?... — spytał.
— Nic. Słuchaj. Nigdy nie byłeś tak podobny do księcia, jak dziś!... Jeżeli więc chcesz zrobić coś dobrego...
Zbliżyła twarz do jego ucha i zaczęła szeptać.
Grek słuchał zdumiony.
— Kobieto — rzekł — najgorsze duchy mówią przez ciebie...
Tak, na niego zwróci się podejrzenie!...
— To lepsze, aniżeli sztylet — odparła ze śmiechem. — Co?...
— Nigdy nie wpadłbym na taki pomysł!... A może lepiej oboje?...
— Nie!... Ona niech żyje... To będzie moja zemsta...
— Cóż to za przewrotna dusza!... — szepnął Lykon.
Ale podobasz mi się... Po królewsku zapłacimy im...
Cofnął się do okna i zniknął. Kama wychyliła się za nim i rozgorączkowana, zapomniawszy o sobie, słuchała.
Może w kwadrans po odejściu Lykona, w stronie gaju fi-