Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bodaj was ziemia pochłonęła! — mruknął dostojny pan.
Jednakże kazał wezwać oficera i spytał go opryskliwie:
— Nie można to zaczekać kilku godzin?... Przecie chyba Nil nie ucieka...
— Stało się wielkie nieszczęście — odparł oficer. — Syn następcy tronu zabity...
— Co?... jaki?... — krzyknął nomarcha.
— Syn Sary Żydówki.
— Kto zabił?... kiedy?...
— Dziś w nocy.
— Ale kto to mógł zrobić?...
Oficer schylił głowę i rozłożył ręce.
— Pytam się, kto zabił?... — powtórzył dostojnik, więcej przerażony, aniżeli rozgniewany.
— Sam panie racz przeprowadzić śledztwo. Usta moje nie powtórzą tego, co słyszały uszy.
Przerażenie nomarchy wzrosło. Kazał przyprowadzić służbę Sary, a jednocześnie posłał po arcykapłana Mefresa. Mentezufis bowiem, jako przedstawiciel ministra wojny, pojechał z księciem.
Przyszedł zdziwiony Mefres. Nomarcha powtórzył mu wiadomość o zabójstwie dziecka następcy i o tem, że oficer policyjny nie śmie dawać żadnych objaśnień.
— A świadkowie są? — spytał arcykapłan.
— Czekają na rozkazy waszej dostojności, ojcze święty.
Wprowadzono odźwiernego Sary.
— Słyszałeś — zapytał go nomarcha — że dziecko twej pani zabite?
Człowiek upadł na ziemię i odpowiedział:
— Nawet widziałem dostojne zwłoki, rozbite o ścianę, i zatrzymałem naszą panią, która, krzycząc, wybiegła na ogród...
— Kiedy się to stało?