Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Aha!... Powiedzże mi, wasza dostojność — ciągnął książę — w jakim tedy celu jedzie Sargon do stóp faraona?
— Nie wiem.
— Aha! Ale dlaczego ja nie mam wiedzieć, ja, następca tronu?...
— Bo są tajemnice państwa, które zna zaledwie kilku dostojników...
— I których mógłby nawet nie znać mój najczcigodniejszy ojciec?...
— Z pewnością — odparł Mentezufis — że są rzeczy, o których mógłby nie wiedzieć nawet jego świątobliwość, gdyby nie posiadał najwyższych święceń kapłańskich.
— Dziwna rzecz! — mówił książę po namyśle — Egipt jest własnością faraona i, mimo to, mogą dziać się w państwie sprawy, nieznane faraonowi?... Wytłomacz mi to, wasza dostojność.
— Egipt jest przedewszystkiem, a nawet jedynie i wyłącznie własnością Amona — rzekł kapłan. — Jest zatem konieczne, aby ci tylko znali najwyższe tajemnice, którym Amon objawia swoją wolę i plany.
Książę, słuchając, doznawał takich uczuć, jakby go przewracano na łożu, wybitem sztyletami i jeszcze podkładano ogień.
Mentezufis chciał podnieść się, namiestnik zatrzymał go.
— Jeszcze słowo — mówił łagodnie. — Jeżeli Egipt jest tak słabym, że nie wolno nawet wspominać o asyryjskich daninach...
Zadyszał się.
...Jeżeli jest tak nędznym — ciągnął — to jakaż pewność, że nas nie napadną Asyryjczycy?
— Od tego można zabezpieczyć się traktatami — odparł kapłan.
Następca machnął ręką.
— Niema traktatów dla słabych! — rzekł. — Nie zasło-