Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A bo to tak można? — spytał z powątpiewaniem Szymek.
— Co nie ma być można? Kiedy nocuje w stodole, tobym go oprawił na miejscu, a potem zawlókł do lasu. Niechby tam wilki dokończyli!
— Zawdy to grzech! — wtrącił nieśmiało Szymek.
Wojciech oburzył się.
— O dla Boga! jaki grzech? A toż ci on gorszy zbój, bo nietylko was kudła, ale i mnie jeszcze oszwabił!
Na tem skończyła się rozmowa, po której Szymek wrócił do chaty i aż do wieczora w ponurem zamyśleniu pod piecem przesiedział. Gdy noc nadeszła, zjawił się handlarz i zajął przeznaczone mu miejsce w stodole.
Około północy powstała gwałtowna zawieja. Wiatr wył, szumiące drzewa gięły się ku ziemi, a cały widnokrąg zapełniła gęsta kurzawa śniegu. Uboga Szymkowa chata trzęsła się w posadach, skrzypiały ściany, trzeszczał dach, a na kominie śnieg resztę żaru zagasił.
— W imię Ojca i Syna... a to złe tańcuje na dworze! Pewniakiem ktości się powiesił! — mówiła Szymonowa kobieta, obudziwszy się ze snu.
Mąż jej drgnął, lecz nie odezwał się ani słowa.
— A czemuż ty się, stary, nie kładziesz? — zapytała znowu.
— Muszę jeszcze wóz opatrzyć i koniom obroku dosypać — odpowiedział Szymon i wyszedł z izby.
W sieni, potykając się i zataczając, wyszukał poomacku siekiery i z nią wysunął się na dwór.
Kiedy otworzył drzwi, zawieja była tak straszna, że nie mógł nic widzieć na długość własnej ręki. Przez chwilę zdawało się Szymkowi, że mu jakaś nadludzka siła nie daje progu przestąpić, to wiatr wpychał go napowrót do chaty, to śnieg bił po twarzy i oślepiał.
Doszedłszy do środka podwórza, Szymek nagle stanął. Zda-