Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Śmieszne i bolesne pamiątki!
Tymczasem we wsi z niemałem zdziwieniem dostrzeżono, że bogaty Wojciech brata się ciągle z trzymorgowym biedakiem, głupim Szymkiem. Ciągle widywano ich razem, a każdej prawie niedzieli Szymek upijał się za Wojciechowe pieniądze.
— Ho! ho! mądry chłop z tego Wojciecha! — mówili sąsiedzi. — Zachciało mu się być wójtem, to i zaczyna pomaluśku ludziom fundować.
Ale dwaj nowi przyjaciele nigdy ze sobą nie gadali o wójtowstwie, tylko o Josku i jego figlach. Wojciech przypominał ciągle bursztyn, Szymek procenta, jeden i drugi zaś utyskiwania swoje kończyli pobożnem życzeniem:
— Oj! żeby temu Żydowi już raz gdzie djabli kark skręcili.
Pewnego śnieżnego i wietrznego dnia, przyjechał Josek do wsi i zapowiedział Szymkowi, że pojedzie z nim po towary.
— A wiele zapłacita? — spytał Szymek.
— Co wy gadacie, Szymku? — krzyknął zdziwiony handlarz. — Ja wam będę płacił, a co się stanie z moim procentem?
Szymek począł się skrobać w głowę.
— No, no! — ciągnął dalej Josek. — Nie marudźta, ino koniom podsypta obroku. Ja u was dziś przenocuję, jutro skoro świt wyjedziemy, a na wieczór wrócicie do chałupy.
Markotny Szymek poszedł do Wojciecha na radę.
— Wojciechu! — rzekł — pożyczta mi pięć rubli dla tego Żyda... Znowu mnie goni po towary.
— Skąd jabym wziął pięć rubli? — odparł chytry Wojciech. — Żeby tak na mnie — dodał — tobym się z nim w oczymnieniu sprawił!
— Jakżebyśta się sprawili?
— Jak?... A zagłobiłbym psiawiarę i basta!