Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To znaczy, że jej kolczyki tyle są warte — nie zrozumiałeś pan?
Rozpromieniony dzierżawca pobiegł czemprędzej do pani Kukalskiej i rzekł:
— Wie pani co, że ta panna Frejtag, to jest tęższa od swego ojca.
— Dlaczego? — spytała zdziwiona dama.
— Bo nosi aż czterech Żydów na plecach!
— Co to znaczy? — przerwała pani Kukalska, patrząc mu ostro w oczy.
— To znaczy, że u jednego Żyda kupiła muślin, u drugiego wstążki...
Wielka dama zerwała się z krzesła i z szelestem odeszła na drugi koniec salonu.
Birbantowicz nie posiadał się z radości.
— Panie Wietrznicki! — zawołał — udał mi się piekielny koncept!
— Jakiż tam znowu?
— Spytaj się pan pani Kukalskiej — odparł triumfująco zadłużony dzierżawca.
Wietrznicki odszedł, lecz za chwilę powrócił.
— Cóż panu powiedziała? — zawołał Birbantowicz.
— Powiedziała, żeś pan dudek.
Już obrażony dowcipniś chciał wyzwać na pojedynek Wietrznickiego, gdy nagle salon zatrząsł się od śmiechu.
W otwartych drzwiach ukazał się jakiś blady, długowłosy mężczyzna, w wypukłych szafirowych okularach, który oprócz czarnego fraka, miał na sobie inne, bardzo wąskie ubranie w czarne i białe kraty.
— Bójcie się Boga, nie śmiejcie się! — wołał zrozpaczony przyszły redaktor. — To mój człowiek!... To mój reporter!... nasz znany poeta, pan Gwazdalski.
Tymczasem, źle ubrany, a jeszcze gorzej karmiony człowiek Bąkalskiego, wszedł spokojnie do salonu, i zobaczyw-