Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tfuu!... A tego, pandobrodzieju, jeżeli wolno, z innych rzeczy co też panu doktorowi... tego pandobrodzieju?...
— Z innych?... nic! Niemki brzydkie, jedzenie liche...
Dalszy ciąg sądowej indagacji przerwała piękna Zosia — zwracając się do bohatera chwili z pytaniem:
— Pan doktór podobno bardzo pięknie deklamuje... Czy nie moglibyśmy prosić?...
Mówiąc to, biedaczka wyglądała tak, jakby ją kłuły zprzodu spojrzenia doktora filozofji, ztyłu spojrzenia mamy, zboku spojrzenia sędziego Dmuchalskiego, i jakby wreszcie, skutkiem tak fałszywej pozycji, rada była rzucić się na szyję tyle razy wymienionemu doktorowi i razem z nim lub bez niego wpaść aż pod ziemię...
Wbrew przewidywaniom ogółu, filozof o grubym karku uprzejmie skłonił się napół umarłej panience i spytał:
— W jakim guście życzy sobie pani usłyszeć deklamacją?...
— Spytam się mamy!... — odparła przerażona panienka.— Następnie zaś, po zasięgnięciu gdzie należało odpowiednich informacyj, wyjaśniła, że ona, jej mama i całe wreszcie towarzystwo życzy sobie usłyszeć coś w guście poetyczno-filozoficznym, z odcieniem postępowo-emancypacyjnym, a nawet zupełnie ateuszowskim, na przypadek, jeżeli pan doktór ten tylko rodzaj filozofji uprawia.
Po tem oświadczeniu członek wielu towarzystw i autor wielu dzieł poprawił szkła na nosie i zaczął:

MEDYTACJA.

Niechaj filozof ustąpi poecie!
Atom materji, krążąc po wszechświecie,
Tworzy ruch, płodzi życie,
Na każdym kroku rozlane obficie.
Natura bytem bezświadomym będąc,
Jak pająk siatkę różnobarwną przędąc,