Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nagle na chodniku, mostku i bruku przedhotelowym zapanowała cisza, potem wybuchł szmer, a potem... znowu cisza. Chciwe wiedzy zgromadzenie dostrzegło uśmiechniętego lekarza Kocia, któremu (rozumie się z lewej strony) asystował dumny i promieniejący K. Dryndulski, autor wiersza o przyszłości, teraźniejszości i t. d. filozofji, ubrany w jedwabny cylinder, biały krawat i filozoficzną koszulę w czekoladowe paski. Jeden z panów, którzy przed chwilą najgruntowniej rozprawiali o bezświadomości, wystąpił naprzeciw idącym, i zwracając się do lekarza Kocia, spytał:
— Cóż, ilu ich jest naprawdę?...
— Klinowiczów dwóch — odparł Kocio.
— Czesław i Wacław — wtrącił K. Dryndulski — pyszne imiona!... talentu, pracy, zasługi znamiona...
— A iluż doktorów filozofji? — przerwał badający.
— Jakto ilu? — zdziwił się Kocio. — Jeden tylko Czesław...
— Gwiazda pierwszorzędnej wielkości, autor dzieła o bezświadomości, co człowieczeństwo na nowe tory pchnie, bo najgłębsze tajemnice duszy sondować śmie! — dorzucił rozrymowany K. Dryndulski, zapinając guzik kolorowej koszuli, która mu się nieustannie odchylała, ukazując niedyskretnemu oku ponsowy kaftanik.
— Gdzież dziś będziecie?...
— Oni obaj będą dziś na obiedzie u swego wuja Federwajsa...
— I ja wraz z nimi tam, bo Federwajsa znam, znam i szanuję... na honor!
— Wieczorem zaś będziemy wszyscy u Pasternakowskich... — chciał dokończyć Kocio.
— I ja... i ja... będę u Pasterna... kowskich, z których czcigodnym domem łączę się szczerej przyjaźni ogromem... — przerwał poeta, patrząc z pod oka po zgromadzonych, dla zbadania, jaki też efekt wywarły jego niezrównane improwizacje.