Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cytując zawsze bardzo poważne źródła. Powieści swoje zaczynał zwykle w taki sposób:
— Dowiedziałem się dziś, przez trzecie osoby, od konsula niemieckiego...
Albo: — Słyszałem dziś, wprawdzie pośrednio, ale od jenerała żandarmerji...
Niekiedy aż cierpłem. Gdym go zapytał: przez kogo odbiera podobne wiadomości, które w dodatku nigdy się nie sprawdzają? — podnosił w górę brwi i ramiona i odpowiadał:
— Nie mogę nawet ciebie objaśnić, dałem słowo...
Byłem pewny, że marnie zginie wśród nowych swoich stosunków, i dopiero wypadek przekonał mnie o źródle informacyj Teofila.
Pewnego dnia zaprosił mnie Biedrzyński do restauracji, gdzie jadał od lat kilku. Wszedłszy do salonu, siedliśmy przy wspólnym stole, zajętym już przez grono młodych ludzi, o ilem zauważył, bardzo wesołych, ale trochę złośliwych.
Ledwie nam podano kartę i nakrycia, młodzi ludzie zaczęli między sobą szeptać w sposób, który wydał mi się demonstracyjnym.
— Może panom przeszkadzamy?... — zapytałem nieco zirytowany.
— O nie!... Bardzo prosimy!... Miło nam widzieć panów między sobą...
I znowu szepty, z których, pomimo że usiłowałem nie słyszeć, wpadły mi w ucho wyrazy: „Alfons... Bismarck... detronizacja...“
Mnie, wyznaję, cicha ta rozmowa wydała się nieprzyzwoitą. Ze zdziwieniem jednak spostrzegłem, że Teofil jest nią zaciekawiony w wysokim stopniu. Słuchał, patrzył im w oczy, kręcił się i co chwilę pytał:
— Co? co?... bo dobrze nie słyszę... A o mojego kolegę możecie być spokojni... To zacny patrjota, pan Ludwik Wesołowski.