Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Proszę cię, dlaczego ten Fitulski nie kłania mi się na ulicy i jeszcze rzuca na mnie oszczerstwa?
— Cóż on mówi?
— Mówi: „Ja go znam!...“ albo: „To jest ziółko!...“
— Pewnie dlatego, żeś za nim poręczył.
— Ależ ja to, com poręczył, najpunktualniej spłacam. Więc czego on chce?
— Właśnie to mu robi przykrość.
— Nie rozumiem — mówi Teofil.
— Ach! ty niczego nie rozumiesz! Przypomnij sobie przysłowie: „Chcesz mieć wroga, pożycz mu pieniędzy.“
— Nie rozumiem... Ja przecież nie pożyczyłem mu, tylkom za nim poręczył.
— No, daj mi już spokój — przerwałem.
Mój kochany Teofil nigdy tego nie zrozumie.
Nadomiar jest on dziwnie łatwowierny, co stawia go nieraz w fałszywej pozycji. Była przecie nawet w naszych stosunkach taka epoka, że mi Bóg wie jakie o nim myśli przechodziły przez głowę.
Zajmuje się on gorliwie polityką, czyta wszystkie możliwe i niemożliwe gazety (odcyfrowuje nawet szpalty zamazane tuszem!) i z całego świata zbiera pogłoski. Niema chyba w Warszawie człowieka, któryby tyle co on wytworzył kombinacyj politycznych i co roku nie spodziewał się wojny.
— Zobaczysz — mówił każdej zimy — co będzie...
— Na wiosnę? — przerywam, śmiejąc się.
— Kto dziś wierzy w wiosnę!... Ale w czerwcu, albo w początkach lipca... Zobaczysz.
Otóż przed kilkoma laty był taki miesiąc, iż mój przyjaciel, oprócz własnych politycznych kombinacyj, począł mi znosić takie wiadomości, że mi od nich stawały włosy na głowie. Opowiadał mi, z miną tajemniczą i uroczystą, o jakichś nowych przymierzach, wojnach, konstytucjach i spiskach,