Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czarodziejskiej, przekształcają się we wzniosły entuzjazm dla ogólnego dobra i szczytne, a w następstwa płodne zamiłowanie rolnictwa...
— Pozwól pan sobie powiedzieć, że wymiary są niedokładne: tamten ma osiemdziesiąt trzy kroków szerokości, a ten tylko dwadzieścia sześć...
— Może pan cielęciny?...
— Będę musiał zaprotestować...
— Proszę o kawałek chleba...
— Upał istotnie wielki...
— Może czerwonego wina?...
— Mnóstwo much!... ciekawym, poco muchy są na świecie?
— To dla wentylacji...
— Lubliniankę lada kowal może poprawić...
— Cudowna! ale ozór wolę...
— Według Galla, czaszka muchy podobna jest do czaszki upartego człowieka...
— Niektórzy zamiast kokardy, dla zaimponowania, przypinają sobie czerwoną makówkę, a to w każdym razie jest nadużycie...
— Uprzejmie dziękuję... najmocniej!...
— O panie! ja tylko dolewam...
— Trzeba obejrzeć dynamometr...
— Kieliszeczek węgierskiego?...
— To blagier!... na czem on się zna?...
— Na jarmarku dałem osiemdziesiąt rubli...
— Pan taki łaskaw...
Trzem stenografom, notującym każdy wyraz tej obchodzącej ludzkość rozmowy, poczyna się mieszać w głowie; luzują ich trzej inni, którym również miesza się w głowie. Sala kongresowa poczyna przypominać młynek zbożowy, w którym pomimo dostatecznych cugów niepodobna oddzielić plew od ziarna, ponieważ wszystko, cokolwiek się tu sypie, jest jak najczystszem ziarnem.