Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to dla nich pieniądze u lichwiarzy, a przy tej sposobności i o sobie nie zapomina. Oto wszystko!
— Bójcie się państwo Boga, czy to być może?! — pyta bolejącym głosem pani Sylwestrowa. — To zdawał się taki przyzwoity chłopiec!...
— Droga Klociu! — upomina ją mąż — droga Klociu, nie dziwże się tak znowu gwałtownie, bo ci przecież nieraz już opowiadałem o Fabjanie...
— Ależ kochany Ksawciu!...
— Ależ kochana Klociu!...
Zapalającą się kłótnię małżeńską przerwał nagły dźwięk dzwonka, gdy zaś gospodarz otworzył drzwi wchodowe, zebrani ujrzeli w przedpokoju służącego pana Ezechjela.
— Co się stało? — zawołał pan Sylwester ze źle udawanem zdziwieniem.
— A bo proszę pana, jakiś pan był u nas trzy razy i powiedział, że się chce gwałtem z panem widzieć jeszcze dziś...
— Dziwna rzecz!... Z prawdziwą przykrością będę musiał państwa pożegnać...
— O to nic!... byle tylko nie trafił się jaki wypadek... Dobranoc!... — chórem odpowiadali obecni.
— No, to chyba i ja już pójdę spać — rzekła pani Weronika, składając robotę. — Mój Boże! jak świat przewrotny teraz! Ten naprzykład stary grzesznik Ezechjel wszystkich obmawia, a sam podobno najgorszy... Ach!...
— Cóż on znowu zrobił? — pyta gospodyni.
— Niby ty nie wiesz, droga Klociu! — odpowiada mąż z przekąsem.
— Sknera, lichwiarz, kochana pani! — objaśnia Weronika. — Niejednego już zgubił, a ten jegomość, co przysyłał po niego w nocy, to niezawodnie albo tradowany dłużnik, albo potrzebujący pieniędzy głupiec... Dobranoc państwu.
— Wielki Boże! — dziwi się Sylwestrowa.
— Tak! tak! moja pani... Dobranoc.