Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jaka szkoda! — westchnęła Weronika.
— Nie godzi się, panie Fabjanie, przerywać rozmowy, której pan duszą jesteś — rzekła z najsłodszym uśmiechem gospodyni.
— No, trudno!... Jeżeli pan Fabjan ma odprowadzić panią baronowę, to nie powinniśmy go zatrzymywać — zakonkludował gospodarz.
Gdy po czułem pożegnaniu gość zniknął, pan Ezechjel rzekł z bardzo uroczystą miną:
— Nie rozumiem, dalibóg! jakiem czołem ten młodzieniec dopytuje się o znaczenie wyrazu blaga, będąc sam tak doskonałym blagierem!...
— Jaki pan Ezechjel złośliwy! — szepnęła pani domu.
— To nie złośliwość, moje dziecko — wtrącił gospodarz — ale sprawiedliwość. Nikt istotnie nie dorównał panu Fabjanowi w sztuce udawania, a i teraz nawet nie jestem pewny, czy zamiast do siostry nie poszedł... no, gdzieindziej.
— Naprzykład za panią Balbiną! — odezwała się Weronika.
— Ależ droga pani!... — protestuje gospodyni domu.
— Mniejsza już o panią Balbinę — mówi Ezechjel — bo swoją drogą i bez niej Fabjanek jest blagierem. Ja sam znam parę wypadków, w których, doprawdy, chłopiec ten przeszedł samego siebie...
— Ta... ta jego pycha arystokratyczna jest przedewszystkiem blagą — przerywa Weronika. — Wiadomo przecież, że ojciec jego był lokajem...
— Lokajem?... A cóż znaczy siostra baronowa?
— Znaczy to, że wyszła za fabrykowanego barona, który przed kilkunastu laty trzodą handlował.
— Ależ majątek samego Fabjana?...
— Gdzie on tam ma majątek! — odzywa się pan Ezechjel. — Pieczeniarzuje przy wielkich panach, pożycza niby