Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po wzajemnych uściskach stara dama zniknęła.
— Moja Klociu — zaczął pan domu — jesteś nieznośna z tem ciągiem powątpiewaniem i dziwieniem się...
— A ty z twojem obgadywaniem na współkę z Weroniką, która jest tak fałszywa cała, jak jej zęby i włosy...
— Ależ Klociu, co gadasz?... Wprawdzie Weronika ma swoje dziwactwa...
— Dziwactwa?... Więc to dziwactwo obgadywać wszystkich za oczy, a łasić się w oczy?... Nieznośna kobieta i basta! — zawołała żona i weszła do następnego pokoju.
Mąż pobiegł za nią.
— Moja droga, nie pojmuję — mówił z gniewem — skąd ci dziś przyszły morały do głowy? Wiem przecież, jaka zwykle jesteś!
— A ja nie pojmuję ciebie! — zawołała żona. — Bronisz dziś Weroniki, a wiem przecie, co na nią zwykle gadasz...
— Bezrozumna kobieto! nie mogłem inaczej gadać, ponieważ Weronika podsłuchiwała za oknem.
— No, to i ja nie mogłam chwalić plotek i plotkarki, ponieważ Mania przez cały czas naszej rozmowy podsłuchiwała za drzwiami...
— Przecież Mania spać poszła?...
— Mania zawsze tak robi, ile razy chce słyszeć coś, czegoby przy niej nie mówiono.
— Doskonałe wychowanie!... — bąknął mąż.
— Dosyć!... — odparła żona.
I już... już miało wybuchnąć nieporozumienie familijne. Szczęściem, małżonkowie spojrzeli na siebie i... ucichli oboje.