Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nogami i gwałtownie zacierając ręce. — A artykuł przyniosłeś... pan?
— Mój Boże! dajcie mi pokój z artykułem przynajmniej teraz... Pan wiesz, moja żona...
— Aaa... winszuję!
— No, więc widzisz pan, czy w takiej chwili można myśleć o pisaniu?
— Panie — odparł surowo redaktor — powód taki mógłby stanowić sprawiedliwą wymówkę dla pańskiej żony, ale nigdy dla pana.
— Ależ panie redaktorze, nie dręcz mnie; potrzebuję piętnastu rubli, a pan mi...
— Za godzinę będziemy panu mogli ofiarować pięć rubli, teraz zaś... Panie Dulski, piszemy.
— A niech was! — mruknął przybyły, trzaskając drzwiami.
Pióro skrzypiało, redaktor dyktował.
„W tej chwili najtęższy wilk przyskoczył do cwałującego bieguna i urwał mu tylne kopyto z lewej strony; lecz szlachetne zwierzę, czując, jak drogi ciężar unosi, pędziło dalej, nie dotykając nogami śniegu. Potok krwi, płynący z ogona, zamarzł.“
Tym razem redaktor struchlał, ujrzawszy w otwartych drzwiach jakieś poważne oblicze, w kołnierz z rzeczywistych szopów oprawione.
— A, szanowny pan Goldfisz!... Cóż pana dobrodzieja sprowadziło tak wcześnie?
— Dzień dobry! Pan chyba żartuje, pan przecie wczoraj jeszcze miał mi oddać te sto dwadzieścia...
— Niechże pan Goldfisz siada, bardzo proszę! Spodziewam się, że synek pański miał dobrą cenzurę?
— Niczego!... Ale widzi pan, ja nie mam czasu, a panowie to mnie tak zawsze jakoś zamroczyć umieją.
— No, jeżeli pan Goldfisz nie ma czasu teraz, to możemy za parę dni nasz rachunek uregulować.