Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Za parę dni?... To już chyba z komornikiem — odparł obrażony gość, zabierając się do odejścia.
— Chwileczkę... panie Goldfisz! Pan Goldfisz zna „Kupca Weneckiego“ Szekspira?
— Dlaczego nie mam znać? ja przecie całego Szekspira prawie na pamięć umiem.
— Pan wie, że do tej tragedji wchodzi lichwiarz nazwiskiem Szajlok?
— No tak, Szaja... wiem, wiem!
— Otóż wyobraź pan sobie, że otrzymaliśmy wczoraj miejską pocztą rysunek, a na nim... wiesz pan kogo? Oto pana! Jesteś pan tam przedstawiony z nożem w ręku i podpisem: „Abraham Goldfisz, Szajlok z Pociejowa, co na dwieście procent pożycza.“
— Kto takie głupstwo napisał?
— Nie wiem; swoją drogą jednak my rycinę zużytkujemy.
— Jakto, wyrysujecie panowie w piśmie?
— Naturalnie. Pan nas chcesz stradować, my więc nie mamy racji oszczędzać pana.
— No, ja panu redaktorowi co powiem. Ja z temi stu dwudziestoma rublami zaczekam jeszcze tydzień... dwa... niech będzie trzy — ale niech państwo tego nie zrobią...
— Hum! uważa pan Goldfisz... trudno... Artykułów nie mamy.
— Nie macie?... A jak ja chciałem wam dać, toście nie brali.
— Pański wiersz był strasznie słaby.
— Tamten słaby, ale ten, co mam teraz, to strasznie zdrowy. Przeczytam panu, com napisał: „O przyjaźni.“
Redaktor zgadza się, pan Goldfisz siada, wydobywa z kieszeni rękopis i czyta:

Przyjaciel wierny więcej znaczy,
Niż skarb niezmierny. On przebaczy
Wszystkie urazy