Strona:PL Beaumarchais-Cyrulik Sewilski.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
90
Beaumarchais
Scena XV
BARTOLO, ROZYNA.

BARTOLO, spogląda za odchodzącym. Odszedł wreszcie (na stronie). Maskujmy się.
ROZYNA. Przyzna pan, że bardzo ucieszny chłopiec z tego młodego żołnierza! Mimo całego pijaństwa, widać, że nie zbywa mu na dowcipie ani na wychowaniu.
BARTOLO. Szczęście to, duszko, że się nam udało go wyprawić! Ale, czyś nie ciekawa przeczytać wraz ze mną pisma które ci oddał?
ROZYNA. Co za pisma?
BARTOLO. Tego, co to udał że podnosi z ziemi.
ROZYNA. Et, to list od mego krewniaka oficera; wypadł mi z kieszeni.
BARTOLO. Mnie się coś zdaje, że to on go wydobył ze swojej.
ROZYNA. Nie, nie, poznałam list: ten sam.
BARTOLO. Czyż to co kosztuje przyjrzeć się raz jeszcze?
ROZYNA. Nie wiem nawet, co z nim zrobiłam.
BARTOLO, ukazując kieszonkę. Włożyłaś tutaj.
ROZYNA. Och! przez roztargnienie.
BARTOLO. Pewnie, pewnie. Zobaczysz, że to jakiś figiel.
ROZYNA, na stronie. Jeśli nie wpadnę w złość, nie będzie sposobu odmówić.
BARTOLO. Dajże, serdeńko.
ROZYNA. Co panu do głowy wpadło, żeby tak nalegać? znowu jakieś podejrzenie?
BARTOLO. Ale dlaczego ty się tak wzbraniasz?
ROZYNA. Powtarzam panu, to nic: list krewniaka, który oddał mi pan wczoraj otwarty. Skoro już o tem mowa, powiem otwarcie, że ten sposób oburza mnie w najwyższym stopniu.
BARTOLO. Nie rozumiem.