Strona:PL Beaumarchais-Cyrulik Sewilski.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
91
Cyrulik sewilski

ROZYNA. Czy ja przeglądam papiery, które pan dostaje? Dlaczego pan sobie pozwala otwierać wszystko, co przychodzi pod moim adresem? Jeśli to zazdrość, obraża mnie; jeśli proste nadużycie władzy którą sobie przywłaszczyłeś, oburza mnie jeszcze bardziej.
BAiRTOLO. Jakto, oburza! Odkądże to przemawiasz do mnie tym tonem?
ROZYiNA. Jeśli wstrzymywałam się do dziś, to nie znaczy, iż wolno panu znieważać mnie bezkarnie.
BARTOLO. Gdzie tu zniewaga?
ROZYNA. To wprost niesłychane, pozwalać sobie otwierać cudze listy!
BARTOLO. Listy własnej żony?
ROZYNA. Nie jestem nią jeszcze. A zresztą, czemużby wobec żony miało się przywilej niegodziwości, której nie wyrządza się nikomu?
BARTOLO. Chcesz zmylić trop i odwrócić uwagę od bileciku, który z pewnością pochodzi od jakiegoś galanta! Ale ja go zobaczę, upewniam.
ROZYNA. Nie zobaczy pan. Jeśli zbliżysz się do mnie, uciekam z domu i proszę o schronienie pierwszej spotkanej osoby.
BARTOLO. Która cię nie przyjmie.
ROZYNA. To się dopiero pokaże.
BARTOLO. Nie jesteśmy we Francji, gdzie zawsze przyznają słuszność kobietom; ale, aby ci odjąć ochotę do wybryków, dla pewności zamknę drzwi.
ROZYNA, podczas gdy doktór idzie ku drzwiom. Nieba! co czynić?... Włożę czemprędzej w to miejsce list krewniaka i pozwolę go sobie wydrzeć. (Zamienia szybko listy i kładzie list krewniaka do kieszeni, tak aby róg wystawał).
BARTOLO, wracając. No, teraz, mam nadzieję, że ujrzę ten list.