Strona:PL Ballady, Legendy itp.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Taki samy, jakim świeci w bagnisku woda zgniła,
W oczy dziecka wzrok swój wpiła
I bezzębna wciąż się śmieje, białą płachtą jakąś wiewa.

— „Słyszysz, prawi, co ten wicher w połamanym krzaku śpiewa?
„Wiesz, co cierpi każdy listek zanim z drzewa w wodę spadnie,
„Aby zgnić z innymi na dnie?“

Przestraszone dziecko bieży przez moczary przez wikliny,
Długo za nim coś tak brzmiało, jak przeciągły syk gadziny.
Szary całun z chmur nazajutrz rankiem na się niebo wzięło.
Mróz zawitał. Beznadziejnym jakimś smutkiem wszystko tchnęło;
Mgła wczorajsza, w szron zmieniona na kobierzec traw opadła,
Znów’ pastuszka zawitała; w dziupli starej wierzby siadła,
Przykurczyła swe nożyny, patrzy, jak liść spada z drzewa,
Myśląc sobie, co też wicher w tych konarach teraz śpiewa,