Strona:PL Ballady, Legendy itp.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Latarnia, Janie, ciesz się, — świeci jasno.

Wszak czasem może syn wód miewać własną
Radość i serca czuć własnego bicie.
Doświadczył tego Jan, gdy raz o świcie,
Córka sąsiadów w porcie się zjawiła,
Kiedy im serca miłość skojarzyła,
Wnet u rodziców zażądał jej ręki,
A starych dzwonów melodyjne dźwięki
Wieść tę od Rugii niosły w sine dale.
Było wesele. Jan nie spoczął wcale,
Dzień cały zbiegł mu w pracy, na bieganiu.
Nadeszła chwila, gdy przy dzwonów graniu
Szedł do ołtarza, poczem druhów grono
Na ucztę przyszło. Oj, rad byłeś pono,
Gdy gość ostatni, żegnał, chłopcze, ciebie,
A jasny księżyc płynął już na niebie.

Czas szybko bieży. Szczęśliwi oboje
W błogi ten wieczór snuli marzeń roje.
A tu już mroki szerzy noc dokoła.
Jan dziś zapomniał o latarni zgoła.
Boć z Hanny oczu inna świeci zorza —
Co mu do skał tych, co mu tam do morza,
Nie dba, że księżyc skrył się poza chmurą,
Że mrok w ciemnicę zmienił się ponurą,