Strona:PL Ballady, Legendy itp.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jakby szydzić lub dziwić się chciały,
Że tak śmiało kroczym w tę noc czarów.
Białe brzózki słaniają się w dali,
Wyciągając ku nam swe ramiona,
A mech siwy, co z sosny tej zwisa,
W księżycowem świetle nam się zdaje
Brodą starca — znać czarnoksiężnika,
W każdym krzaku dzwięczy śmiechu nuta,
W każdem drzewie ptak ukryty śpiewa,
W każdej trawce złota muszka brzęczy.

Patrz, na skale tamtej, na wysokiej,
Dziwnym ogniem płonie paproć złota,
Wokół tańczą wile, cale w bieli,
Lekką stopą ziemi dotykając;
W mchu opodal stoją ich rydwany:
Wielkie misy złotych ananasów,
Do nich, w uprząż pajęczą przybrane,
Lśniące łątki wodne zaprzężono.
Po urwiskach gór leżą chochliki,
Karzełkowie, w swych czerwonych płaszczach,
U kapturka każdego robaczek
Świętojański, jak kaganek płonie.
Idziem długo, długo idziem lasem,
A ma luba główkę złotowłosą
Do mej piersi z bojaźnią przytula.