Strona:PL Artur Oppman - Legendy warszawskie.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Boże, mój Boże! — załkała Halszka — co to będzie? Co się z nami stanie? Pocośmy tu przyszli? Pocośmy tu przyszli? Ja chcę do domu!
— Uspokój się, siostrzyczko — szeptał Maciek — wrócimy do domu, jeśli Bóg pozwoli; ale teraz chodzi o to, żeby nas bazyliszek nie spostrzegł, bo jak zobaczy i spojrzy na nas — wszystko przepadło: umrzemy!
— Maćkuuuu! Maaaćku! Halszko! Halusiu! — rozległo się nawoływanie z ulicy — Maaaćku! Haaalszko! gdzież wy jesteście? Obiad gotowy! Obiad gotowy!
Przerażone dzieci poznały głos Agaty, ale się odezwać nie śmiały.
Bazyliszek odwrócił łeb grzebieniasty, jeszcze straszliwiej najeżył pióra i jaskrawemi ślepiami spojrzał w stronę schodów.
Na schodach stanęła stara Agata, a za nią, w ulicy, widać było gromadkę mieszczanek i mieszczan.
— Tu zeszły, tu zeszły na pewno — ozwały się głosy na górze — musiały się zabłąkać w podziemiach; nie schodźta, Agato, bo was jeszcze jakie licho zadusi!
Ale Agata, poczciwa stara służąca, już schodziła do lochu — i oto zaledwie zeszła nadół, zabrzmiał jej okrzyk, okropną trwogą wezbrany, i głucha, posępna cisza zaległa znowu piwnicę.
To płomienisty wzrok bazyliszka uderzył w nieszczęsną i trupem ją na miejscu położył.
Gromadka z przed schodów pierzchnęła w Rynek i w przyległe uliczki, roznosząc wieść okropną na miasto. Skamieniałe z przerażenia rodzeństwo przytuliło się do wilgotnego muru, trzymając się konwulsyjnie za rączki, a bazyliszek rad ze zniszczenia, jakie uczynił, począł się przechadzać po lochu tam i zpowrotem, tam i zpowrotem. Wydostać się z piwnicy nie było sposobu!...