Strona:PL Artur Oppman - Legendy warszawskie.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Co to się stało?
Z otwartej czeluści drugiej piwnicy buchnęło zgnilizną i w zielonawem świetle, przypominającem blask świętojańskich robaczków, Maciek i Halszka ujrzeli okropnego potworka. Był to niby kogut, niby wąż. Głowę miał kogucią z ogromnym purpurowym grzebieniem w kształcie korony, szyję długą i cienką, wężową, kadłub pękaty, nastroszonemi czarnemi pióry pokryty, i nogi kosmate, wysokie, zakończone łapami o ostrych olbrzymich pazurach.
Ale najstraszniejsze były oczy potwora: wyłupiaste, okrągłe, do sowich ślepiów podobne, jarzące się to czerwono, to żółto; oczy te, na szczęście, nie widziały Maćka i Halszki, utkwiła je bowiem poczwara w ciało leżącego na ziemi i nieżywego już biednego Walusia.
— Bazyliszek! — szepnął drżącym głosem Maciek — to bazyliszek, siostrzyczko; schowajmy się, schowajmy czem prędzej!
I pocichutku, pocichutku, trzymając się za ręce, dzieci na paluszkach posunęły się ku ścianie i wślizgnęły się za wielkie drzwi o mur prastary oparte.
W tem ukryciu, bezpiecznem narazie, Maciek począł szeptać siostrzyczce do uszka:
— To bazyliszek! Słyszałem o nim od tatuńcia. Sroga to stwora! na kogo spojrzy — wzrokiem zabije! Tak zabił Walusia. Stójmy tu cicho, Halszko, stójmy cichutko...