Strona:PL Artur Oppman - Legendy warszawskie.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
U czarownika.


— Pani Ostrożyno! Pani Ostrożyno! dzieci wam przepadły! dzieci wam w lochach zginęły!
— Jezusie! Maryjo ! Co takiego! Co wy mówicie, ludzie? Gdzie? Jak? gadajcie!
— Ano, polazły do piwnic na Krzywym Kole i, musi, bies im główki ukręcił, niebożętom!
— Chrystusie cudowny u Fary! ratuj! wspomagaj! — Skądże wy wiecie to wszystko?
— Widzieli szewczyki z przeciwka, jak dzieci z Walkiem od Klepki schodziły w podziemia, a potem wasza Agata wołała je, wołała, aż zeszła do piwnic — krzyknęła okropnie — i już nie wyszła! Słyszeliśmy!
— Agatę ja posłałam, bo dzieci nie wracały. Boże wielkiego miłosierdzia, bądź miłościw mnie grzesznej! Co ja tu pocznę, nieszczęsna?!
W przedsieniu uczynił się rumor i przedzierając się przez ciżbę wpadł do alkierza mistrz Melchjor. Blady był płatnerz i drżący, bo już dowiedział się był w kuźni o srogim ciosie, jaki go ugodził. A Maćka i Halszkę miłował ponad wszystko, ponad życie własne!
— Co robić, Melchrze, co robić? — biadała Ostrożyna. — Ratujmyż nasze maleństwa kochane! Ślubuję Ci, Panie Jezu, srebrne serce złocone pod Twoje nóżki najświętsze, jeno dopomóż nam w tem strapieniu!
Z gromady wysunął się sędziwy rajca miejski, imćpan Ezechjel Strubicz, mąż mądry i stateczny, znany całej Warszawie z dobroci i z przywiązania do dziatwy staromiejskiej.
— Co robić? — powtórzył — ja wam poradzę, co robić: walcie, jak w dym do czarownika na Piwną. Któż jak nie