Strona:PL Antologia poetów obcych.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Oh! któż to pojmie? — nie ty, co więzion w wygodzie,
Na burzliwej, z niewygód, usychałbyś wodzie;
Ni ty, gnuśnych rozkoszy czcicielu niewieści,
Co cię sen nie usypia, pieszczota nie pieści.
Któż to pojmie? My tylko męże serc hartownych
Miotać się po bałwanach zwykli niehamownych.
Radość własnej krzepkości, krew wrząca, burzliwa,
Iskrą jakąś, tych szlaków wędrowca, przeszywa;
Rozkochany on w boju goni się za bojem,
Raduje się, gdzie reszta upada pod znojem —
Na co bledną lękliwi, z tem rad się próbuje,
A gdzie słaby omdlewa, tam najsilniej czuje.
Czuje we wzdętej piersi myśli igrające,
Naprężone nadzieje i serce rosnące.
Zlękniesz się taki śmierci gdy z nim mrą i wrogi?
Chyba że śmierć jest wieczny, jest spoczynek srogi.
Lecz gdy przyjść musi: przychodź! Kwiat życia użyty,
Po czem, jedno mu — w łożu, czy w boju dobity.
Gdy lękliwiec struchlały lubując w konaniu,
Liczy dni przechorzałe na gnuśnem posłaniu,
Słaby śmiercią pogardzić, słaby żyć w męczarni,
Tuli się do pościeli, — dla nas dość na darni.
Gdy mu jęki po jękach wleką z tego świata
Rozpaczającą duszę: nas, jeden dech zmiata.
Niech taki szuka chluby w swych urnach, w swym grobie,
Niech kto życie zmarnował, grób ozłaca sobie;