Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VII.djvu/324

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
Melchior.

Co tu słów niepotrzebnych.

Laura.

Teraz zapewne powiesz memu wujowi, kto są te damy. Jeżeli chciały pomódz tobie, chętnie poznam się z niemi i podziękuję szczerze.

Karol.

Nie — to być nie może. Zaklinam cię, szanuj moją tajemnicę.

Laura.

Ależ ta tajemnica jest i moją razem. A jak mojéj ręki nie zechcę oddać tylko pod warunkiem, że nam całą rzecz wyjaśnisz?

Karol.

Kocham cię nad życie, ale mego honoru poświęcić ci nie mogę.

Laura (przed siebie).

Jak Rodryg:

Przeniósł chociaż go miłość pożerała skrycie
Swój honor nad Xymenę, Xymenę nad życie.

(Słychać trąby wojskowe.)
Melchior.

Otóż już trąbią na koń!.. Odejść muszę.

Juliusz (za drzwiami).

Kto tam zamknął?.. Otwórz!.. A do kroćset djabłów! Otwórz zaraz!

Melchior.

Męzkie glosy.