Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VII.djvu/325

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
Juliusz.

Jest tam kto?! — Otwórz do miljona djabłów!

Karol.

Nie wiedzą, że tu jest ich pułkownik... co tu robić.

(Drzwi otwierają się wyłamane. Juliusz wybiega w rozpiętym mundurze, czapeczka na głowie, w ręku pałasz pendentem obwiązany — Gustaw mundur na jednym rękawie — ciągnie ostrogą spódnicę za sobą — obadwa zobaczywszy pułkownika stają jak wryci mówiąc: Pułkownik!)
Juliusz i Gustaw.

Pułkownik!

Anastazius.

Montekukuli huzarem!

(Długie milczenie — Pułkownik zbliża się do oficerów i przypatruje się im z uwagą.)
Melchior.

Pan Krycki... Pan Oksza... Co to jest?

(Zbliża się do jednego, potém do drugiego i zdejmuje im z głowy loki damskie.)

Co znaczy ta maskarada wśród jasnego południa?

Juliusz.

Nasz szkolny kolega Karol Lita użalał się przed nami, że układy familijne zmuszają go żenić się z kuzynką, kiedy tymczasem serce jego kim innym zajęte. Szło tylko o podpis rzeczonéj kuzynki, aby ten cymbał wrócił do Wrocławia a Karol został przy swojéj ukochanéj. Przebraliśmy się więc, ja za ciotkę, Gustaw za Pannę, podpisaliśmy inter-