Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VII.djvu/285

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

w małą, maciupcią rączkę i szepczę do ucha: Gustaw Oksza, podporucznik trzeciego pułku ułanów, wybawca twój, kocha cie szalenie. Ona otwiera niebieskie oczy albo czarne... nie, niebieskie i rzecze: Bądź moim małżonkiem, zapłacę 30.000 talarów — wart jesteś téj summy. — Tym sposobem Karol weźmie 30.000 talarów i pojedzie za swoją Laurą do Berlina, a ja z moją w Poznaniu świętemi śluby małżeństwa połączonym będę. — A co? — Dobry projekt?

Juliusz.

Szaleństwo! zastanówmy się rozsądnie. (p. k. m.) Naprzykład... gdybyś starał się odstręczyć serce kuzynki i okazując swój charakter w jak najgorszém świetle, zmusić ją poniekąd do odmówienia twojéj ręki.

Karol.

Nie znam mojéj kuzynki, ale bankierskie żołądki strawne.

Juliusz.

A potém stara to komedya... i czasu niema.

Gustaw.

A gdybyś w gwałtownej sprzeczce krzesełkiem...

Juliusz i Karol.

O!.. O!.. O!..

Gustaw.

No cóż? O! O! O! — nie wiecie, co chcę mówić, a krzyczycie O! O! O! — Gdybyś powiadam krzesełkiem ją nastraszył, krzycząc: Milcz albo zabiję — wtenczas ja wchodzę, staję między wami,wyrywam krzesełko, druzgoczę o ziemię, dobywamy